Agere music

 

A  G  E  R  E  –  M  U  S  I C

Promujemy nuty

z pozytywnym przesłaniem

„Usta milczą, dusza śpiewa.”

 
 
 


Historia jednej Miłości
Z liderką grupy LOVE STORY – Magdaleną Frączek rozmawia s. Agnieszka.

– Córka swoich rodziców, siostra dla rodzeństwa, studentka, autorka tekstów, wokalistka w zespole Love Story – kim jeszcze jest Magda Frączek?

– Przede wszystkim jestem piękniejszą wizją świata – jak zaśpiewam w singlu do drugiej płyty Love Story. A to za sprawą Boga samego, który uczynił mnie na swój obraz i podobieństwo. To On dał mi tych wspaniałych rodziców, rodzeństwo, studia muzyczne, talenty, zespół

– Jedna z moich sióstr mówi, że pasja to jest to, co jeszcze masz siłę robić, gdy już nie masz na nic siły – i nie chodzi tu o spanie. Czy Ty masz jakąś pasję?

– Zapewne taką moją pasją jest muzyka. To dziwne, bo wcześniej raczej nie zasunęłabym takiego wyzwania. Ta muzyka zawsze gdzieś w moim życiu była, ale trochę tak traktowana z „przymrużeniem oka”. Wokalistka? Ja? Nie bardzo? Ponoć, pierwsza rzecz o której myślisz zaraz po przebudzeniu jest tym, do czego Bóg Cię przeznaczył. Ja ciągle piszę piosenki. W autobusie, przy myciu naczyń. Muzyka mnie dotyka i przenika, i mam wrażenie, że to Boże tchnienie.

– To samo, które w nasze nozdrza Bóg tchnął jeszcze w raju…

– Miniony rok pewnie należał do intensywnych. Pierwsza studyjna płyta i prawdziwy szum, przynajmniej w tych chrześcijańskich mediach, koncerty. Czy trudno się w tym odnaleźć, czy czujesz się raczej jak ryba w wodzie? Czy coś zmieniło się w Tobie przez ten czas?

– Ten rok był tak barwny, tak trudny, tak dziwny, tak zachwycający i tak ciężki, że…
Naprawdę nie sposób zliczyć owoców! Na pewno nigdy bym nie przypuszczała, że Bóg powołuje mnie do tak wielkiej odpowiedzialności. Przechodziłam przez różne etapy – od całkowitego szczyla po doświadczenie pewnego rodzaju poświęcenia, bo Bogu nie można oddawać tylko trochę – trochę swojego talentu, trochę swojego czasu, trochę siebie… Jemu zawsze zależy na całej mnie. I tak też postrzegam to, co się działo – starałam się jak najwięcej Mu oddawać. Piękne słowa, ale w rzeczywistości, dla tak zawziętej perfekcjonistki jak ja, była to prawdziwa próba. I jest nadal. Teraz przechodzę przez swoisty czas odłączenia, samotności, pustyni. Jest ciekawie.

– Kto jeszcze tworzy zespół? Love story to zdaje się taki „rodzinny interes”?

– Love Story opiera się na mojej rodzinie – mój tato, Rysiek Frączek zajmuje się tzw.
managementem. Prowadzi dużą firmę, ma mega talent do działania, organizowania,
ogarniania. Pierwszą osobą na kuli ziemskiej, która wsparła mnie w tym dziele jest moja droga mama, Jasia Frączek. Już pierwszego dnia, gdy przyszło natchnienie, swoim autorytetem pomogła mi powoli realizować pomysły. W Love Story zawsze mogą liczyć na moje rodzeństwo – Asia gra na skrzypcach, Ignacy jest gitarzystą i początkującym realizatorem dźwięku. Weronika, najmłodsza, zna wszystkie piosenki na pamięć. Ten zespół jakoś pośrednio scala moją rodzinę.
 
–Nie jest to pusta popularność. Może jest nawet tak, że trafiliście w samo sedno, tak dobitnie i po polsku nie śpiewał o tym jeszcze nikt… „Niech się stanie czystość!” Dlaczego o tym piszesz, śpiewasz? Jak się to wszystko zaczęło? To jakaś życiowa misja?

– Wszystko zaczęło się w 2006 roku Gródku n/Dunajcem na Strefie Chwały, rekolekcjach dla muzyków. Przechadzałam się wtedy – zupełnie nie wiadomo dlaczego mój tato wynalazł takie spotkanie w necie i posłał nas na nie wraz z ks. Adamem Rogalskim, który teraz jest opiekunem duchowym zespołu oraz z moją mamą właśnie – wśród wielu znakomitych muzyków, Pospieszalskich, Cudzichów, Friedriechów, Szcześniaków, zastanawiając się: „Boże, po co ja tu jestem?!”. A że z natury dziarska ze mnie dziewczyna, po paru głębszych oddechach powiedziałam Mu, że jeżeli nie da mi czegoś naprawdę super do końca tych rekolekcji, to ja dziękuję za takie granie i idę na prawo. To był taki czas decyzji w moim życiu. No i siedzę sobie ostatniego wieczoru na modlitwie uwielbienia, którą prowadziła wspaniała Monika Dziurlikowska, pięknie śpiewając, i wtedy doświadczyłam tak wyraźnego ognia Bożego, palącego od środka, że dla mnie, prostej dziewczyny z Raciborza, był to naprawdę solidny konkret. Wtedy to, w chwili, zrodziła się wizja zespołu śpiewającego o czystości, zrodziła się nazwa „Love Story” oraz Słowo Boże z 1 Kor 6,19-20 „Wasze ciała są świątynią Ducha Świętego!”. Była nawet data pierwszego koncertu – 14.luty 2007 r. Nie miałam bladego pojęcia jak będę mówić o czystości, potrafiłam tylko śpiewać i grać. Nie miałam płomiennego daru mowy czy czegoś tam. Piosenki sypały się jak z rękawa, rodzina wspierała, proboszcz wspierał, ludzie się modlili i tak jest do dzisiaj :))

– Thalita kum… – ktoś tu chyba odprawił niezłą medytację nad Słowem Bożym… Jak powstał ten tekst?

– Tekst powstał we wspomnienie św. Hieronima w 2008 roku. Wtedy to, wspomniany
wcześniej ks. Adam Rogalski, wymyślił w parafii wspaniały event – czytanie Słowa Bożego przez wiernych, po wieczornej Mszy św. Zostałam, bo okazało się, że jeden rozdział z Ewangelii wg św. Marka nie został „obsadzony”, to była Pasja Jezusa. Z natury jestem typem ADHD, więc spokojne siedzenie w miejscu nie jest moją mocną stroną. Cóż, Duch Święty działa. I tak, w momencie, gdy pewna kobieta czytała fragment z córką Jaira, tłumaczenie przyszło „samo”. Wiedziałam, że „Talitha kum!”, słowo Boga przywołujące z otchłani, tyczy się nieczystych spraw, niekochania. Napisałam tekst „na kolanie”, w domu dopisałam melodię i… Tak to właśnie było :))

– Przyznasz – tekst jest miejscami mocny. Niektórych kłuje w ucho zwrot „mała szmata”…
– Pewnie tak, ale akurat „mała szmata” to tzw. fakt autentyczny. Podsłyszałam kiedyś, jak kumple komentują zachowanie mojej znajomej na imprezie. To było liceum.

– To już pewnie trochę nudne: ciągle narzekać na rozwiązłą kulturę dookoła nas – to fakt i każdy z nas się w jakimś mniejszym, lub większym stopniu z tym mierzy. Świat wciąż kłamie opowieści swe. Problem zdaje się głębszy: dlaczego większość z nas powoli przestaje wierzyć, że jest „z Miłości”?

– Nie ma jednej odpowiedzi… To, co mi teraz przychodzi na myśl to zdanie: Jesteś tym, co słyszysz. Przesiąkam tym, co do mnie mówią. Przestajemy wierzyć, że jesteśmy z Miłości, bo nie słyszymy, że jesteśmy z Miłości. To tak jak ze słuchaniem dobrej muzyki. Jak mam się przekonać, że Miles Davis był mistrzem, skoro nigdy nie włączyłem jego płyty? Inni mogą mi mówić – Miles Davis jest zarąbisty, ale brak doświadczenia tamuje akceptację tego zdania. Skąd ta pustka w głowie, w sercu? Chyba z domu. W domu, z rodziny, z zamrożonych uczuć, tematów tabu… A przecież, to w domu – jak mówiła Matka Teresa – zaczyna się miłość. Gdybym nie usłyszała „kocham cię” z ust moich rodziców… Nawet nie biorę pod uwagę takiej możliwości. Tymczasem milionom ludzi wydaje się, że nie są kochani właśnie z powodu odrzucenia przez najbliższych. Mam poraniony dom, mam poranionych bliskich, to jak mogę uwierzyć w bliską Miłość Boga? Ostatnio napisałam prosty refren: „Nie ma takiej rzeczy, nie ma takiej wartości, która może oddychać bez
Miłości”. Ale oczywiście nawet z najgorszego niekochania można wyjść zwycięsko
z Jezusem. Bo On nie ma względu na osoby.

– Kiedy słyszę tekst SONG OF Ty jesteś mą miłością/ mym pięknem i mym śpiewem/ się rozkochałam na Twoim punkcie… śmieję się, że to jest „Love story” dla zakonnic. A tak na poważnie: jak to jest, że w jednym tekście może odnaleźć się para zakochanych i jednocześnie wielu konsekrowanych?
Miłość jest jedna?

– Byłam w tym roku na rekolekcjach dla muzyków „Na Fali Wielbienia”, zorganizowanych przez Poldka Twardowskiego i poznańskie wielbienie. Mieszkałam w pokoju z Magdą z zespołem Downa oraz jej opiekunką, Honoratą.
Pewnego wieczoru, gdy siedzimy już w pokoju zmęczone po całym dniu, Magda mówi do siebie: „Słuchaj, czy ty myślisz, że to ty uwielbiasz Jezusa?!?! To ON CIĘ UWIELBIA!”. Magda trafiła w samo sedno. Miłość to Bóg, który tylko dlatego, że tak bardzo nas uwielbia, daje nam doświadczać Tej Samej Swojej Miłości, w zupełnie osobistej, własnej stworzonej artystycznie i z pasją historii życia. Ja poznaję Go w swoim powołaniu, Ty w swoim. Ostatecznie zawsze chodzi o Jego Miłość. Ostatecznie, zawsze kopara mi opada, bo On chce, abym tej miłości doświadczała,
On wie jak ma mi się dawać poznać. Miłość jest jedna, bo Miłość jest Nim. Każdy ma swoje LOVE STORY.

– Wielu młodych w kwestii czystości ma takie wyobrażenie, że Kościół strzeże jakichś starożytnych zakazów, które – dodajmy – są kompletnie nieżyciowe. Rozmawiając z Tobą mam kompletnie odwrotne wrażenie. Czystość jest życiowa?

– Mówi się: „Nie oceniaj kogoś po wyglądzie. Nie znasz dziewczyny, nie wiesz jaka jest…”. Miałam z tym kiedyś cholerny problem, ponieważ negatywnie oceniałam wszystkie blondynki w białych kozakach. Ktoś mnie kiedyś zawstydził, powiedział: „A czy choć raz z nią rozmawiałaś? Skąd wiesz, że jest głupia? To, że nie czujesz tego, jak się ubiera nie usprawiedliwia cię”.  
Bolało, ale było doskonale prawdziwe! Tak samo jest z Kościołem i myśleniem o czystości. Wydaje mi się, bo mam jakiś ogólny ogląd. Dziewica – słoma w butach, strzecha na dachu, plisowana spódnica, wełniany sweter. Tymczasem – abstrahując od tego, że retro znów jest w modzie – nic nie ma za darmo. Jak śpiewamy w „Nie na darmo” właśnie – „Nie za darmo moje serce, nie za darmo moje ciało, choćbym nie wiem czego chciała, MÓJ DUCH WOŁA WCIĄŻ TO SAMO: nie należę do ciebie, nie należę do świata, jestem dzieckiem Boga, On mnie na krzyżu wybłagał Swoją Krwią…”. Zamiast wchodzić od razu na tzw. argumenty kościelne, które my ludzie młodzi tak bardzo lubimy kwestionować, może lepiej zadać sobie pytanie: Co wolałabyś, wolałbyś obchodzić  rocznicę ślubu, Sakramentu Małżeństwa, Sakramentu Miłości, dnia, w którym ktoś
przysiągł Ci w obecności świadków i Boga, że nigdy Cię nie zostawi, nie porzuci, nie
odstawi, że od teraz jesteś dla niego całym światem… Czy może, tak jak zwolennicy
„wolnych związków”, rocznicę kupna nowej pralki, nowej zmywarki… No bo co świętować we wspólnym życiu? Przeżywam to tak – Kościół ustanowił Chrystus. Ale nie w niebie, tylko na ziemi. Kościół to ludzie. Konkretni, ochrzczeni, ja i ty. Dlatego tak bardzo cielesne, życiowe są rzeczy, którymi żyjemy. Czystość to nie demagogia. To life is brutal. Nie na darmo i nie za darmo.
 

 
 
 
_____________________________________________________________________________

 

NIE ZA DARMO!

fragment rozmowy s. Agnieszki z Magdaleną Frączek – wokalistką i liderką zespołu LOVE STORY:   – Wielu młodych w kwestii czystości ma takie wyobrażenie, że Kościół strzeże jakichś starożytnych zakazów, które – dodajmy – są kompletnie nieżyciowe. Rozmawiając z Tobą mam kompletnie odwrotne wrażenie. Czystość jest życiowa?

– Mówi się: "Nie oceniaj kogoś po wyglądzie. Nie znasz dziewczyny, nie wiesz jaka jest…". Miałam z tym kiedyś cholerny problem, ponieważ negatywnie oceniałam wszystkie blondynki w białych kozakach. Ktoś mnie kiedyś zawstydził, powiedział: "A czy choć raz z nią rozmawiałaś? Skąd wiesz, że jest głupia? To, że nie czujesz tego, jak się ubiera nie usprawiedliwia cię". Bolało, ale było doskonale prawdziwe! Tak samo jest z Kościołem i myśleniem o czystości. Wydaje mi się, bo mam jakiś ogólny ogląd. Dziewica – słoma w butach, strzecha na dachu, plisowana spódnica, wełniany sweter. Tymczasem – abstrahując od tego, że retro znów jest w modzie – nic nie ma za darmo. Jak śpiewamy w "Nie na darmo" właśnie – "Nie za darmo moje serce, nie za darmo moje ciało, choćbym nie wiem czego chciała, MÓJ DUCH WOŁA WCIĄŻ TO SAMO: nie należę do ciebie, nie należę do świata, jestem dzieckiem Boga, On mnie na krzyżu wybłagał Swoją Krwią…". (…) Przeżywam to tak – Kościół ustanowił Chrystus. Ale nie w niebie, tylko na ziemi. Kościół to ludzie. Konkretni, ochrzczeni, ja i ty. Dlatego tak bardzo cielesne, życiowe są rzeczy, którymi żyjemy. Czystość to nie demagogia. To life is brutal. Nie na darmo i nie za darmo.

więcej? w wielkanocnym wydaniu EKG.

________________________________________________________________

___________________________________________________________

 
 
 
 

FRENCHMAN DAJE ŚWIADECTWO

Znany z wcześniejszych występów z Jamalem, pół-polski, pół-francuski hip-hopowiec wkracza z solowym debiutem, który jest ewidentnie chrześcijański. Dzięki Bogu!!!

EPIZOD PIERWSZY. W świetnym klipie nagranym (zresztą w Poznaniu, w którym występuje jeden mały oazowicz, ale o tym innym razem) z zespołem S.O.F.A. pod tytułem Affairz, kontem oka zauważyłam, że Frenchman nosi krzyż i to nie byle jaki – krzyż świętego Benedykta, czyli tzw. hard-core dla tych, którzy wiedzą o co chodzi w walce ze złem. Dobrze, ale idźmy dalej…

EPIZOD DRUGI. Po prostu – z tego gościa biło coś więcej. Nie wiem, swój wyczuje swego? Chrystus w człowieku „pachnie”, promieniuje, nie da się tego ukryć…

EPIZOD TRZECI. Nie mam pojęcia jak Frenchman zmusił O.S.T.R.’a by zaśpiewał:

Jestem Dzieckie m Boga /…/ we krwi Dziesięć Przykazań /

Mój Dekalog sumienia…

/ Król jest jeden/ Choć mamy Jego gen…

Nasz Pan ma wielką Moc!!! A ewangelizacja trwa nie tylko w Afryce, ale tu i teraz. Tu gdzie jesteś masz być świadkiem! Odkrył to Franchman i zaczął od swoich hip-hopowych kolegów. Wkręcił siebie i innych w Boży projekt głoszenia Słowa, ale i w projekt Bożej Dobroci. Sprzedaż płyty połączona jest z akcją wspierającą Caritas w Poznaniu.

EPIZOD CZWARTY. Wchodzę dziś rano na facebook i patrzę, i widzę, i już nie mam wątpliwości. Kocham hip-hop (od czasów podstawówki) i kocha go Pan Bóg. Za jego autentyzm, za beat, za skreach, za wszystko. Cieszę się, że Bóg wchodzi w środowisko hip-hop, że wreszcie będzie, czego posłuchać…, że nie trzeba kląć jak zbój by „wzmocnić przekaz.” Mam kolejny dowód, że rację ma bł. Karol de Foucauld: Chrystus jest Panem rzeczy niemożliwych!

EPIZOD PIĄTY. Należy do ciebie! Po prostu posłuchaj…

 


JAK WIOSNA TO MIŁOŚĆ…

I co w tym nadzwyczajnego? 99,5% wokalistów, zespołów śpiewa dziś o miłości, już nawet radia z nudów włączać się nie chcę, bo tam albo złamane serce, albo taki „bum-bum-banał”, że aż litość bierze. Słowo LOVE jest chyba najbardziej wytartym w szołbiznesie. Wszystko to takie karykatury relacji. Zawsze z tobą chciałbym być – i tu już małym druczkiem – przez całe lato. (?!!) Wiśniewski chyba zapomniał dodać:A nuż się naiwna nabierze i da to, czego chcę.” Tak spłycamy miłość, że już prawie „jedziemy po bandzie.” Czy można w ogóle w tej dziedzinie powiedzieć coś nowego?

Okazuje się, że można. Dziś przestawiam dwa zespoły. Przed Państwem… Świeży powiew polskiej sceny. Fresh maker’y. Choć pierwszy z nich cieszy się już dość długim stażem. To NEW LIFE M. Z zespołem tym współpracują m. in. Mieczysław Szczeniak, czy Natalia Niemen, córka słynnego, ś. p. Czesława. Ich najnowszą płytę Szukam domu otwiera rzecz absolutnie genialna. Utwór Zakochałam się na 100% jest „piąchą w nos” dla tych, którzy próbują temat zakochania zbanalizować. Bo „zakochać się na 100%” to znaczy, zakochać się w czyjejś nieśmiertelnej duszy. I tu właśnie zmienia się cała optyka spojrzenia na sprawy. Kiedy radio wali: I want you in my room, my włączamy płytę – antidotum. Artyści sami tego nie wymyślili. Przypominają, że człowiek to nie mniej, lub bardziej zgrabna porcja mięsa. Każdy człowiek ma duszę. 100% = dusza i ciało – to dopiero całość! Co z tego, że masz z kimś chwilę przyjemności, jeśli w tym momencie jego dusza ginie?! Jeśli chcesz kochać prawdziwie, weź to pod uwagę, w przeciwnym razie uczciwiej było by mówić: Kocham się! Choć jeśli to przynosi szkodę twojej duszy, to też nie do końca prawda… NEW LIFE M. znać warto i posłuchać trzeba…

Druga grupa to już zupełnie „świeże bułeczki.” Absolutna eksplozja czystych treści. Ich debiutancka płyta Talitha kum wyszła w grudniu ubiegłego roku i już doczekała się reedycji. Stylistycznie – tego materiału słucha się świetnie. Fusion, pop, prawdziwie zagrany przez 8 młodych ludzi. Całość kipi energią. Nazywają się LOVE STORY. I tyle by już może wystarczyło do sukcesu, ale – no właśnie – nie o sukces w tej muzie chodzi. MAYDAY! Ci ludzie stają się potężnym głosem, wołającym na pustyni. Wołają w naszym imieniu. MAYDAY! Uderzenie w nasze pokolenie! Cały ładunek tej muzyki to świadectwo. To walka o czystą miłość. Szerzej o zjawisku pisze Julia, ale najlepiej sami posłuchajcie nawww.myspace.com/storylove.

JAK WIOSNA TO MIŁOŚĆ…

I co w tym nadzwyczajnego? 99,5% wokalistów, zespołów śpiewa dziś o miłości, już nawet radia z nudów włączać się nie chcę, bo tam albo złamane serce, albo taki „bum-bum-banał”, że aż litość bierze. Słowo LOVE jest chyba najbardziej wytartym w szołbiznesie. Wszystko to takie karykatury relacji. Zawsze z tobą chciałbym być – i tu już małym druczkiem – przez całe lato. (?!!) Wiśniewski chyba zapomniał dodać:A nuż się naiwna nabierze i da to, czego chcę.” Tak spłycamy miłość, że już prawie „jedziemy po bandzie.” Czy można w ogóle w tej dziedzinie powiedzieć coś nowego?

Okazuje się, że można. Dziś przestawiam dwa zespoły. Przed Państwem… Świeży powiew polskiej sceny. Fresh maker’y. Choć pierwszy z nich cieszy się już dość długim stażem. To NEW LIFE M. Z zespołem tym współpracują m. in. Mieczysław Szczeniak, czy Natalia Niemen, córka słynnego, ś. p. Czesława. Ich najnowszą płytę Szukam domu otwiera rzecz absolutnie genialna. Utwór Zakochałam się na 100% jest „piąchą w nos” dla tych, którzy próbują temat zakochania zbanalizować. Bo „zakochać się na 100%” to znaczy, zakochać się w czyjejś nieśmiertelnej duszy. I tu właśnie zmienia się cała optyka spojrzenia na sprawy. Kiedy radio wali: I want you in my room, my włączamy płytę – antidotum. Artyści sami tego nie wymyślili. Przypominają, że człowiek to nie mniej, lub bardziej zgrabna porcja mięsa. Każdy człowiek ma duszę. 100% = dusza i ciało – to dopiero całość! Co z tego, że masz z kimś chwilę przyjemności, jeśli w tym momencie jego dusza ginie?! Jeśli chcesz kochać prawdziwie, weź to pod uwagę, w przeciwnym razie uczciwiej było by mówić: Kocham się! Choć jeśli to przynosi szkodę twojej duszy, to też nie do końca prawda… NEW LIFE M. znać warto i posłuchać trzeba…

Druga grupa to już zupełnie „świeże bułeczki.” Absolutna eksplozja czystych treści. Ich debiutancka płyta Talitha kum wyszła w grudniu ubiegłego roku i już doczekała się reedycji. Stylistycznie – tego materiału słucha się świetnie. Fusion, pop, prawdziwie zagrany przez 8 młodych ludzi. Całość kipi energią. Nazywają się LOVE STORY. I tyle by już może wystarczyło do sukcesu, ale – no właśnie – nie o sukces w tej muzie chodzi. MAYDAY! Ci ludzie stają się potężnym głosem, wołającym na pustyni. Wołają w naszym imieniu. MAYDAY! Uderzenie w nasze pokolenie! Cały ładunek tej muzyki to świadectwo. To walka o czystą miłość. Szerzej o zjawisku pisze Julia, ale najlepiej sami posłuchajcie nawww.myspace.com/storylove.